Są historie sportowe, które brzmią jak zmyślone. Ta wydarzyła się naprawdę. Shizō Kanakuri rozpoczął olimpijski maraton w 1912 roku, a jego symboliczne ukończenie nastąpiło dopiero ponad pół wieku później.
Kanakuri urodził się w 1891 roku na Kiusiu i był jednym z pionierów nowoczesnego sportu w Japonii. W 1912 roku wraz ze sprinterem Yahiko Mishimą pojechał na igrzyska do Sztokholmu. Był to historyczny moment – Japonia po raz pierwszy wystawiła swoich zawodników na igrzyskach olimpijskich. Już sama podróż do Europy była wyzwaniem. Trwała kilkanaście dni i prowadziła m.in. Koleją Transsyberyjską.
14 lipca Kanakuri wystartował w maratonie. Panował potężny upał, a warunki okazały się tak ciężkie, że wielu zawodników nie ukończyło rywalizacji. Japończyk wytrzymał około 30 kilometrów. Wyczerpany zszedł z trasy i otrzymał pomoc od miejscowej rodziny. I tutaj zaczyna się legenda. Kanakuri nie zgłosił organizatorom, że rezygnuje z biegu. Wrócił do Japonii, a w Szwecji po latach zaczęto żartobliwie mówić o „zaginionym Japończyku”, który wystartował w maratonie i nigdy nie dotarł do mety.
Nie był jednak sportowym nieudacznikiem. W 1920 roku ponownie wystąpił na igrzyskach i zajął 16. miejsce w maratonie, a cztery lata później wystartował w Paryżu. Przede wszystkim stał się jednym z najważniejszych propagatorów biegów długodystansowych w Japonii i odegrał istotną rolę w rozwoju sztafet ekiden.
Najlepszy finał tej historii nastąpił w 1967 roku. Kanakuri został zaproszony do Szwecji, aby symbolicznie kontynuować bieg przerwany 54 lata wcześniej. Starszy już Japończyk pojawił się na stadionie i wreszcie przekroczył linię mety. Ogłoszony czas wyniósł 54 lata, 8 miesięcy, 6 dni, 5 godzin, 32 minuty i 20,3 sekundy.
Kanakuri zmarł w 1983 roku w wieku 92 lat. Do historii przeszedł jako „ojciec japońskiego maratonu” i bohater jednej z najbardziej niezwykłych opowieści olimpijskich. Bo czasami najważniejsze nie jest to, jak szybko docieramy do mety. Ważne, żeby ostatecznie ją przekroczyć.
